The new version

"Titanic" jest jedną z ulubionych filmów lub/i książek nie jednego nastolatka. Ten blog pozwoli im znów wejść na pokład statku. Otóż nie jest to prawdziwa opowieść tragicznego wydarzenia, losów bohaterów, ale to nowa wersja utworzona przeze mnie :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 3

Gdy Rose już była chwilę po przebudzeniu udała się do jadalni na
uroczyste śniadanie. Przy wielkim stole, przy którym siedziała i pani
Molly Brown i kapitan statku Edward Smith i pan Thomas Andrews a co
najważniejsze Ruth oraz Cal czekało już na nią miejsce. Kobieta
wyciągnęła szeroko ramiona do córki witając ją słowami:
- Jak się spało kochanie? – przytuliła ją mocno po czym pocałowała w czoło.
- Bardzo dobrze matko. Co jest tą niespodzianką, o której wczoraj
wspominałaś? – spytała zaciekawiona Rose.
- Raczej kto córeczko. Otóż to jest Cal, poznajcie się. – Ruth odeszła
do reszty osób chcąc zostawić młodych samych.
- Jestem Caledon Cal Hockley, bardzo mi miło. – pocałował dłoń nastolatki.
- Rose. – powiedziała na odczepnego po czym wyrwała swoją rękę, którą
otarła o nowiuteńki frak Cala. Ruth przyglądała się całej sytuacji,
nie mogła pozwolić na to aby bogaty mężczyzna przeszedł jej koło nosa.
- Rose…- powiedziała niemiło.
- Tak mamo…? – odpowiedziała równie niemiłym tonem.
- Cal chce nam pomóc. To chyba dobrze.
- Bardzo dobrze.
- Więc dlaczego tak go traktujesz?
- Mam dzisiaj zły humor. Pozwólcie, że zasiądę do stołu i zjem posiłek
w milczeniu. – Rose grzecznie usiadła na krześle i zabrała się za
jedzenie. Przy stole był spory szum. Cal próbował wielokrotnie
zagadywać Rose lecz ona nie miała ochoty odpowiadać mu na jakiekolwiek
odzywki. Czasem przysłuchiwała się cudzym rozmowom ale sama nie
wdawała się w żadne pogawędki. Nagle pani Brown odniosła się miłym
głosem do dziewczyny.
- Jak ci mija życie Rose?
- Dobrze.
- A nie myślałaś o tym, żeby znaleźć w końcu swoją drugą  połówkę? –
spytała ponownie zaciekawiona. W tej chwili Rose wybuchła złością. Nie
mogła znieść tego jak obcy ludzie wtrącają się w jej życie.
- Mam tego dosyć! Czy kiedyś będzie taka sytuacja jak sama sobie
wybiorę męża?! Jak sama zdecyduję kiedy z nim wezmę ślub?! – wytarła
usta serwetką po czym rzuciła nią w twarz matki. Wybiegła. Cal
próbował załagodzić całą sytuację dlatego podążył za nią. Gdy wybiegli
na dwór w końcu ją dogonił.
- Rose…- powiedział.
- Co? – oznajmiła wycierając lecące łzy.
- Spokojnie. – przytulił ją mocno. W tym samym czasie Jack już czekał
w miejscu umówionym z dziewczyną. Była dokładnie 10;02. Chłopak
czekał, czekał i czekał. W pewnym momencie zapalił papierosa i udał
się w kierunku swojej kajuty. Rose wciąż była w objęciach Cala. Trochę
się uspokoiła, ale gdy spojrzała na zegarek zaniepokoiła się.
- Już dziesięć minut po 10:00. – odparła zdenerwowana.
- Co w związku z tym? – spytał niezrozumiale mężczyzna.
- Nic. Wracaj do innych, ja zaraz cię dogonię. – Rose pobiegła w
stronę pokładu 3 klasy, a Cal udał się za nią. Był bardzo ciekawy co
dziewczyna chciała zrobić. Rose była tak zajęta poszukiwaniem Jacka,
że nawet nie zauważyła śledzącego ją za sobą Cala. Rose spostrzegła z
daleka artystę idącego zrezygnowanym krokiem.
- Jack! – wykrzyknęła. Chłopak odwrócił się. Ona przytuliła go, po
czym uśmiech znów zawitał na obydwojga twarzy.
- Czekałem. Myślałem, że nie przyjdziesz.
- Miałam nieprzyjemną rozmowę z matką. – nagle Jack zauważył
patrzącego na nich Cala w oddali.
- Co on tutaj robi? – spytał.
- Kto? – skrzywiła się.
- On. Ten mężczyzna. Odwróć się. – Rose zrobiła to co Jack jej nakazał.
- Cal?
- Cal. Piękne imię. Rose i Cal. Brzmi równie pięknie. – powiedział
zazdrosnym tonem.
- Jak możesz? – Rose uderzyła Jacka z liścia po czym uciekła. Chłopak
chwycił się za policzek próbując załagodzić ból. Gdy spojrzał w
kierunku dziewczyny jej już nie było ale za to Cal spoglądał niemiło
na Jacka a po chwili pobiegł za nią. Rose wbiegała już do swojej
kajuty gdyż mężczyzna zatrzymał ją chwycąc za rękę. Ona odwróciła się
i uderzyła w twarz.
- Zabolało. – powiedział z grozą.
- Miało zaboleć. Wszyscy mężczyźni są tacy sami. – oznajmiła po czym
wyrwała swoją rękę i nacisnęła klamkę swojego pokoju.
- Dobrze. Chciałem pomóc twojej matce i przy okazji tobie, żeby
spłacić wszystkie wasze długi, ale chyba się rozmyśliłem. – Cal w złym
nastroju opuścił towarzystwo Rose i udał się do swojej kajuty.
Dziewczyna trochę się zmieszała. Poczuła wielką winę.
- Jak ja teraz spojrzę w twarz Calowi? Matce? Jackowi? Co ja
zrobiłam?! – wbiegła jak najszybciej do kajuty i zaczęła wyżywać się
na poduszce okładając ją pięściami. Po kilkusekundowym wyładowaniu
złych emocji wzięła się w garść i wyszła na dwór by trochę się
uspokoić i zaczerpnąć świeżego powietrza. W oddali zobaczyła swoją
matkę, która zaczęła machać do niej ręką na przywitanie. Rose
odwróciła się o 180 stopni i poszła przed siebie. Ruth bardzo się
zdziwiła zachowaniem córki. Nie wiedziała bowiem, co się stało kilka
minut wcześniej.
- Rose, poczekaj! – wykrzyknęła kobieta podbiegając do swojej córki.
Dziewczyna jednak nie reagowała. Zamknęła się w sobie. Ruth dogoniła
nastolatkę po czym chwyciła ją za rękę i zapytała:
- Co się stało?
- Nic. – burknęła pod nosem.
- Rose…zmieniłaś się. – Ruth odwróciła się od córki i wróciła do koleżanek.
- Co się ze mną dzieje?! – Dziewczyna pobiegła na pokład 3 klasy. Gdy
się na nim znalazła usiadła na ławce oczekując na Jacka. Nie sądziła,
że będzie chciał z nią rozmawiać, ale postanowiła, że nie opuści tego
miejsca póki nie wyjaśni mu swego zachowania. Przy okazji mogła sobie
w spokoju przemyśleć wiele spraw. W tym samym czasie Ruth spotkała na
swej drodze Cala. Spytała się go o samopoczucie, ten jednak udzielał
jedynie spartańskiej odpowiedzi. Dziwiło ją bardzo się stało. Czy to
Rose była przyczyną jego smutku i obojętności?
- Co się stało Cal? – spytała obawiając się najgorszego.
- Oprócz tego jak potraktowała mnie Rose? Nic takiego.
- Co Rose ci takiego zrobiła? – spytała ponownie.
- Uderzyła mnie w twarz nie wiadomo z jakiego powodu. A ja chciałem ją
tylko pocieszyć przez tego dupka z 3 klasy. – odpowiedział
zdenerwowany.
- Znowu się z nim spotkała? Cal…wybacz jej. Ten chłopak namieszał jej
w głowie. Mam pomysł. Ja jej opowiem o naszej ciężkiej sytuacji, że
teraz Cal nie chce pożyczyć nam pieniędzy…
- Bo tak jest. – oznajmił.
- Co przepraszam? – zapytała z niedowierzaniem.
- Odmówiłem pomocy. Nie pozwolę się tak traktować.
- Spokojnie. Przecież to jeszcze dziecko. Zwykła smarkula. Dlatego jej
się oświadczysz.
- Ja ją naprawdę lubię, ale przecież ona się nie zgodzi.
- Oj zgodzi. Nawet będzie sama cię o rękę prosiła. A teraz chodźmy na
spacer. Piękna dziś pogoda, prawda? – spytała zmieniając temat. Cal
podał rękę Ruth po czym razem udali się na wędrówkę po pokładzie
Titanica.

niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 2

Wybiła godzina dwunasta. Rose jeszcze nie spała. Co prawda leżała w łóżku, ale nie czuła się senna. Jack również jeszcze nie spał. Przechadzał się po pokładzie statku rozmyślając o sytuacji z przed południa. Wędrował z miejsca na miejsce i nie mógł zapomnieć o pięknej Rose niedawno poznanej. Czuł on jednak, że jest nikim, że jest zwykłym biedakiem z jakimiś tam rysunkami. Na dodatek był jeszcze zdenerwowany zachowaniem Ruth, dopiero po zapaleniu papierosa trochę się uspokoił. Rose także myślała o Jacku. Bardzo go polubiła. Nie mogła znieść tego jak jej własna matka się do niego odezwała. Była na nią wściekła. Czuła, że już nigdy nie zobaczy Jacka. Dlatego postanowiła wyjść z kabiny, miała nadzieję, że spotka chłopaka tam gdzie się dzisiaj poznali. Ogarnęła się, założyła piękne, cekinowe pantofle i małymi krokami wyszła po cichu zamykając za sobą drzwi. W korytarzachTitanica była wielka pustka, Rose trochę się bała ciemności, ale gdy ponownie pomyślała o Jacku od razu zapomniała o strachu. W końcu wydostała się na dwór. Przeszła przez pokład 1 klasy, potem przez pokład 2 klasy, aż wkrótce znalazła się na pokładzie 3 klasy. Widziała z daleka jakiegoś mężczyznę, pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy to Jack. Przyspieszyła tempo i udała się w kierunku mężczyzny. Gdy była niego coraz bliżej zauważyła, że pali papierosa. Zdjęła buty i po cichu na palcach podeszła jeszcze bliżej i stanęła za nim.
- Palenie szkodzi zdrowiu. – wzięła mu papierosa z ręki i się zaśmiała.
- Dlatego palę. – odpowiedział, po czym uśmiechnął się na jej widok.
- Dlaczego? Nie chcesz żyć? Przepraszam, że tak mówię, ale tak to zabrzmiało.
- Czy ja wiem? Co mi z takiego życia? Śmierdzący, biedny artysta. Nawet nie było mnie stać na podróż Titanicem. Bilet wygrałem w pockera. – ten uśmiech, który jeszcze przed chwilą gościł na jego twarzy zniknął. Wyraz jej zupełnie się zmienił.
- Nie jesteś wcale śmierdzącym, biednym artystą. Jesteś wrażliwym artystą z duszą. – pocieszyła go Rose, po czym usiedli na ławce. -przepraszam cię za moją matkę. – powiedziała Rose czując się winna.
- To przecież nie twoja wina. Co prawda było to nieodpowiednie zachowanie, ale bogactwo właśnie tak wpływa na ludzi. – Rose nagle wzięła wdech, żeby coś powiedzieć, jednak Jack ciągnął dalej. – bez urazy. Mam wrażenie, że ty jesteś zupełnie inna. Jakbyś nie chciała tego bogactwa. Wiem…znam cię dopiero od wczoraj, ale niektóre rzeczy po prostu są widoczne od razu. – oznajmił Jack.
- Moja matka jest uzależniona od pieniędzy. Mój ojciec…już świętej pamięci…ona go wcale nie kochała. Ale najważniejsze było to, że miał kupę forsy. Ale nie długo. Mama była rozrzutna na prawo i lewo. Tata mówił jej setki razy, że jest coraz mniej pieniędzy, ale ona…ją to wcale nie obchodziło. Liczyło się tu i teraz. W końcu popadł w długi. Musiał pożyczać od znajomych, ale i tak nie miał z czego oddać. Wtedy zostawiła go. On popadł w alkoholizm i w końcu umarł. Teraz mama musi spłacać długi. Nie ma z czego. A jeszcze na dodatek nie może pokazać innym, że nie mamy już pieniędzy, dlatego podróżujemy 1 klasą. Na bilety wykorzystała prawie ostatnie pieniądze. Łudzi się, że znajdzie jakiegoś bogatego mężczyznę, który spłaci jej wszystkie długi. – wyżaliła się Rose. – tak…to był długi monolog.
- Smutne to co mówisz. To kim w takim razie był ten mężczyzna, z którym przyszła wczoraj twoja mama? – zapytał ciekawy Jack.
- Mężczyzna? Jaki mężczyzna?
- Taki wysoki, przystojny, bogaty…
- Bogaty…to dlatego mama była nim tak zainteresowana. – Rose znów się rozczarowała zachowaniem swojej matki.
- Nie przejmuj się…
- Jak mam się nie przejmować skoro moja własna matka sprzedałaby mnie dla pieniędzy? To jest jakiś koszmar! Dlaczego ja mam takie cholerne życie? Dlaczego ja nie mogę mieć twojego życia? Wolę być śmierdzącym, biednym artystą, ale za to szczęśliwym, cieszącym się z tego co ma.
- Nie wiesz co mówisz. Ciesz się tym, jakie masz życie. Nie chciałabyś mieć mojego. Człowiek, którego podmuchuje wiatr. Raz mieszka pod mostem, raz mieszka na pokładzie największego, najpotężniejszego statku. Sam się zastanawiam…co ty we mnie takiego widzisz? – spytał zrezygnowany Jack.
- Jesteś przystojny, świetnie szkicujesz. Kto wie? Może się kiedyś w tobie zakocham? – Jack uśmiechnął się pod nosem, cieszył się w głębi duszy, Rose bardzo mu się podobała, choć sam dobrze wiedział, że Ruth nie pozwoliłaby być im razem.
– Dlaczego nic nie mówisz?
- Miło mi. Już muszę iść, jestem trochę zmęczony. – odparł Jack.
- To ja też już pójdę. Dobranoc Jack.
- Dobranoc Rose. – Chłopak spokojnym, wolnym krokiem odszedł.
- O 10:00 w tym samym miejscu? – zapytała zatrzymując Jacka.
- Dobrze. A teraz idź. – Oboje się rozeszli. Jack tak naprawdę nie był senny, musiał przemyśleć wiele rzeczy. Rose poszła zrezygnowanym krokiem do swojej kajuty, w której czekała na nią zdenerwowana matka.
- Co ty tu robisz? – spytała zaskoczona Rose.
- Czekam na ciebie. Dlaczego nie było cię w kajucie?
- Nie mogłam zasnąć, dlatego poszłam na krótki spacer po pokładzie. – tłumaczyła się dziewczyna.
- Krótki spacer. Otóż ten krótki spacer twoim zdaniem trwał 2 godziny. Spotkałaś się z tym biedakiem z 3 klasy. Na pewno się z nim spotkałaś.
- Nie muszę się tobie tłumaczyć.
- Musisz. Ponieważ nie jesteś jeszcze dorosła i ja za ciebie odpowiadam. Spotkałaś się z tym chłopakiem?
- Tak. – mruknęła pod nosem.
- Nie usłyszałam. – podniosła ton Ruth.
- Tak! – wykrzyknęła Rose.
- Czy nie mówiłam ci, żebyś nie spotykała się z tym chłopakiem? Ty chyba tego nie rozumiesz. Popadliśmy w długi. Nie mamy jak ich spłacać… - Rose przerwała.
- To dlatego musisz sobie znajdywać jakiegoś kochasia, który ci za wszystko zapłaci?
- A widzisz inne wyjście? Chcesz normalnie żyć? Czy klepać biedę jak ten twój…
- No…dokończ….śmierdziel, biedak, no…co jeszcze?
- Kochanie. Ja chcę tylko twojego dobra.
- To pozwól mi się spotykać z Jackem. Dobranoc. – Rose położyła się w swoim łóżku. Ruth wstała i pokierowała się do wyjścia, powiedziała tylko na koniec:
- Mam dla ciebie niespodziankę. Śpij dobrze córeczko. – Ruth zgasiła światło i wyszła. Siedemnastolatka poczuła jakby matka ją pokochała na nowo. Jakby po raz pierwszy się o nią zatroszczyła. Cieszyła się, ale z jednej strony…nie wiedziała co nowego przyszło jej do głowy.
- Niespodzianka…? Już się boję. – Rose odwróciła się na drugi bok i niedługo po 2:15 zasnęła. Miała niesamowity sen. Śniło się jej, że Jack znów ją szkicuje, że jest piękną muzą na pokładzie Titanica. Tylko w jego towarzystwie czuła się najlepiej. Mogła z nim zawsze szczerze porozmawiać. O wszystkim i o niczym. Mogła z nim pomilczeć i pośmiać się. Mogła z nim płakać ze smutku i płakać z radości. Ale nagle, sen zniknął. Zniknął Jack. Zniknęły żółć, pomarańcz, czerwień, zniknął zachód słońca. Pojawiła się czerń i szarość. Czy to coś znaczy?

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 1

Rose wygodnie zasiadła w fotelu swojej kajuty, gdyż jej bagaże były właśnie wypakowywane. Siedziała i przyglądała się uważnie innym ludziom, którym zazdrościła uśmiechu na twarzy. Ciekawiło ją szczęście osób nie mających pieniędzy, nie mających tak wiele jak ona, ale mimo wszystko cieszących się z małych rzeczy.
- Po co ten rejs? Po co ta cała szopka? Czy ona zawsze musi wchodzić do mojego życia z butami? Dlaczego?! – powiedziała zrezygnowana. Nie widziała bowiem szans do swojego życia, do wolności, do podejmowania samodzielnych decyzji. Czuła się uzależniona od swojej matki.
- Pomóc w czymś proszę pani? – zapytał mężczyzna ogarniający porządek w kabinie.
- Nie…albo tak. Wyjdźcie i zostawcie to wszystko w cholerę. - zbulwersowana odpowiedziała na pytanie.
- Ale pani matka kazała…- ciągnął dalej.
-…nie obchodzi mnie co moja matka kazała! Czy to ona musi o wszystkim za mnie decydować?! – pod wpływem silnych emocji wstała i rzuciła krzesłem, na którym dosłownie przed chwilą siedziała.
- Nie. – przestraszony podniósł mebel i uciekł zatrzaskując za sobą drzwi. Reszta mężczyzn przyglądała się całej sytuacji, przyglądała się zbulwersowanej siedemnastolatce po czym odłożyła wszystko i opuściła pomieszczenie. Rose w końcu została sama. Mogła choć przez chwilę zapomnieć o codziennym zabieganiu, o wrednej matce, która tak bardzo ją raniła. Jednak po kilkusekundowym spokoju rozległo się pukanie do drzwi. Dziewczyna nie dawała znaków życia. Dopiero po kilkukrotnym, gwałtownym dobijaniu się, podeszła do nich i otworzyła. Widok nie był zaskoczeniem, gdyż łatwo można było się spodziewać wściekłej matki Rose od razu wbiegającej córce do pokoju.
- Jakie ty sceny robisz przed tymi ludźmi? – zapytała podniesionym tonem.
- Nie muszę się przed tobą tłumaczyć.
- Musisz, ponieważ to ja tym ludziom płacę. I pójdziesz zaraz ze mną do tych panów, przeprosisz ich za zaistniałą sytuację i spokojnie wrócą do pracy jakby nigdy nic.
- Nigdzie nie będę szła. Zostaw mnie w spokoju. Tam są drzwi. – Rose wskazała bezczelnie palcem w stronę wyjścia, jednak jej matka nie zareagowała.
- Tam są drzwi! – znów nastolatka poczuła jakby zwracała się do ściany. Nagle wzięła swoją torebkę i wybiegła z kabiny. Ruth natychmiast podążyła za córką szukając jej w tłocznych korytarzach Titanica. Po krótkim czasie stanęła zdyszana i głęboko zaczęła się zastanawiać nad zachowaniem córki.

***

Rose uciekłaby jak najdalej, lecz statek jej tego nie umożliwiał. Wybiegła więc na pokład 3 klasy. Miała nadzieję, że chociaż tutaj nikt jej nie znajdzie. Była trochę zastraszona, czuła się obca. Ludzie dziwnie na nią patrzyli.
- Przepraszam. Pomyliła pani chyba część statku. Pokład 1 klasy jest w tamtą stronę. – oznajmił jej jakiś mężczyzna, nie mający niczego złego na myśli choć dziwiący się obecnością pięknej, bogatej dziewczyny.
- Tak, tak. Wiem… - usiadła na ławce i zaczęła głębokie…bardzo głębokie rozmyślania. Trwało to tak długo, że pewien młody, przystojny mężczyzna naszkicował ją. To nie był taki byle jaki szkic. Wszystko było zadbane, przemyślane. Niczego nie brakowało, wręcz ideał. Gdy zauważyła swój portret, który właśnie dostała od autora trochę się zaniepokoiła. Lecz ten piękny szkic wzbudził w niej wielki zaszczyt.
- jakie to śliczne, dokładne. – oznajmiła z radością.
- Dziękuję. – odezwał się mężczyzna.
- Robisz to zawodowo? – spytała.
- Nie. Rysuję dla pasji.
- Myślisz, że nie warto ich gdzieś pokazać? – ponownie spytała będąc zainteresowana nowo poznanym młodzieńcem.
- Tylko, że w Paryżu uznali to za nic. – nagle posmutniał, wstał chcąc pójść przed siebie. Rose chwyciła go za rękę i przedstawiła się.
- Jestem Rose DeWitt Bukater. – po usłyszeniu tych słów chłopak odwrócił się, pocałował rękę nastolatki po czym powiedział.
- Jack Dowson. Bardzo mi miło. – znów przysiadł się do Rose.
- Opowiedz mi o tobie i twoich rysunkach. – powiedziała zainspirowana.
- A więc zaczęło się w Luxemburgu w 1902 roku… - Jack zaczął opowiadać Rose o swoich przygodach ze sztuką. Gdy właśnie w tym czasie Ruth pytała się wszystkich napotkanych na swej drodze ludzi o swoją córkę.
- Przepraszam…widziała może pani taką niewysoką dziewczynę, w różowo białej sukni… - pytała zrezygnowana.
- Nie widziałam. Przykro mi. Prosze sprawdzić na pokładzie 1, 2 lub 3 klasy. Może tam ktoś pani pomoże. – oznajmiła kobieta, po czym zniknęła w tłumie. Kobieta oparła się o ścianę i straciła wszelką nadzieję na odnalezienie córki. Jednak w pewnym momencie podszedł do niej jakiś dystyngowany mężczyzna.
- Witam. – pocałował rękę Ruth. – Słyszałem, że kogoś pani szuka. Może byłbym w stanie pomóc? – matkę Rose oświeciło. Przyszła jej myśl aby związać jej córkę z tym przystojnym mężczyzną. Chciała by Rose w końcu cieszyła się życiem i znalazła sobie bogatego męża.
- Tak. Otóż zginęła mi córka. Niewysoka, w biało różowej sukni, spięte, rude włosy.
- Niestety…nie spotkałem na swej drodze takiej ślicznotki… - Ruth zasmutniała. – ale…pomogę pani jej poszukać. Chodźmy sprawdzić na pokład statku. – kobieta się uśmiechnęła. – jestem Caledon Cal Hockley. Wziął za rękę mamę Rose.
- Ruth DeWitt Bukater.
- Niezmiernie mi miło. A jakie imię nosi pani córka? – spytał Cal.
- Rose. Po zmarłej niedawno przed jej narodzinami prababci. 
- Piękne imię. Kiedyś marzyłem o żonie o takim imieniu.
- Kawaler? – spytała Ruth prosto z mostu.
- Jeszcze tak. Ale coś czuję, że wkrótce uśmiechnie się do mnie szczęście. – Ruth była w siódmym niebie. Nie dość, że przystojny to jeszcze wolny. Już zapomniała o zniknięciu córki. Teraz liczyło się dla niej to, że prawie znalazła bogatego męża dla Rose. W tym samym czasie Jack opowiadał dalej o sobie i o swoim życiu. Dziewczyna z uwagą go słuchała i zadawała pytania. Widać, że Rose znalazła z nim wspólny język, a co najważniejsze…pojawił jej się uśmiech na twarzy. W końcu Ruth wraz z Calem znaleźli Rose. Byli zadowoleni. Ruth pryskała radością, ale nie długo. Gdy zobaczyła tuż obok niej biedaka, z którym rozmawiała jej córka jak najszybciej postanowiła ich od siebie rozdzielić.
- Rose! Co ty tu robisz?! Co ty tu robisz z tym śmierdzącym biedakiem? – Jack wstał i chciał wtrącić swoje słowo, lecz Rose zrobiła to pierwsza.
- Po pierwsze: ze śmierdzącym biedakiem powiadasz?
Po drugie: rozmawiam. Nawet tego mi nie wolno?
- Wracaj do kabiny. A ty… - zwróciła się do Jacka. – nigdy więcej nie rozmawiaj z moją córką. Mało innych ładnych dziewczyn na pokładzie? Ach nie…która biedaczka może być ładna? Idziemy Rose.
- Nigdzie nie idę. – chwyciła za rękę Jacka.
- Słucham? Wracasz do kabiny bez dyskusji. – wyrwała jej rękę i popchnęła w kierunku pokładu 1 klasy. Rose się obejrzała za Jackem.
- Idź tak jak twoja mama ci mówi. Miło było mi cię poznać. Trzymaj szkic. – chłopak dał dziewczynie rysunek po czym ze smutkiem na twarzy odszedł. Rose się wściekła. Pobiegła do kabiny i nie wychodziła z niej do końca dnia.